Po pierwsze primo – wehikuł czasu na bombie.
Po drugie primo drożej ale dłużej.
Primo ultimo – adin kurak.

Słodkie i czułe pożegnania, ostatnie pocałunki, przezroczystą ciecz na policzkach zostawimy tylko sobie. 

Niestworzone historie zacznijmy od przejścia granicznego z Ukrainą w Medyce. Pierwsza granica. Nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo jesteśmy rozpieszczeni przez Schengen. Wyjęcie paszportu i podanie celu podróży po całonocnym piciu nie należy do zadań łatwych. Do tego dochodzi lekki stresik, bo jeden oddech za daleko może opóźnić podróż, a czas goni do Moskwy.  

Ukraińscy celnicy pukają się w czoło słysząc o planach dotarcia do Australii.

50 metrów – 20 lat wstecz. PRLowskie sweterki, „reklamówki żulówki”, ser szwajcarski w asfalcie. Meteoryt z Rosji musiał mieć mnóstwo mniejszych odłamków, które NA BANK pokrzyżowały infrastrukturalne marzenia naszych wschodnich sąsiadów. I do tego te jeb…, niedobre marszrutki. Te małe ni to busy ni autobusy jeżdżące na gaz były chyba celowo tak zaprojektowane by żadna pozycja ciała nie była zbyt wygodna. Kompaktowo. Co by jednak nie było, mają swój urok. Cały kraj przemieszcza się tymi busikami. Pełna różnorodność – matki z dziećmi ( Piotrek nawet pilnował bachora przez 10 minut), robotnicy, pseudobiznesmeni, stare baby, recydywiści i piękne ukraińskie żeńszyny na koturnach. 

We Lwowie, w kasie międzynarodowej, zniesmaczona naszą nieznajomością ukraińskiego  kasjerka oznajmia ze przez najbliższe 2 dni nie ma miejsc w pociągu do Moskwy. W odruchu miłosierdzia radzi nam jechać do Kijowa. Krótka piłka. Kolejna marszrutka i perspektywa 8 godzin w komorze smrodu. Najgorzej. 

Udało się. Nie udusiliśmy sie własnym smrodem. W Kijowie rychło kupujemy bilet i wsiadamy do Stolechny’ego Ekspress’a. Kultura – ciepła woda, łóżka, obrus na stoliku, prąd w gniazdku i tylko 10 godzin jazdy. Koń udaje, że czyta. Kuba padł i nie żyje. Pitok spał cały dzień to może jeszcze popisać dziennik. Suma summarum, wyszło na stare kolejowe porzekadło – drożej ale dłużej. 

„Pomywajcie se i paszportna kontrola” – budzi nas prowadnica wagonu. Ciekawe dlaczego większy nacisk położyła na to żebyśmy sie umyli? Ruski celnik nie robił kłopotów. Szybkie wypełnianie kart imigracyjnych i wysiadamy na dworcu w Mockba Kievskayia. Dwie godziny pózniej odbieramy klucze od rodziców koleżanki z Mediolanu. ( Lisa Klepanova WE LOVE YOU!!!.) Odzywa sie głód. Poszukiwania. Tu za drogo. Tu tez. I tam. Oooo tu jest piwo. Po 3 browarach i wędrówce po torach znajdujemy moskiewski hippodrom. Konie ćwiczą jazdę na czas z bryczką. Kilkaset metrów dalej Uzbekistańczycy sprzedają ciepłe bułki z parówką, a w tle na rożnie smaży sie białko. Na twarzy Piotrka maluje sie uśmiech. „I jeszcze ADIN KURAK DAWAJ”.  Bo moge. Jeszcze jeden kieliszek i na pewno coś  zwiedzimy…

W następnym odcinku: Spuścizna (łeeee) Lenina