Nawet zwyczajny zakup biletu na samolot może być sam w sobie przygodą. Szczególnie jeśli jesteś w Indonzezji. Mając do dyspozycji mobilny internet w technologii 3G, informatyczny arsenał laptopa, tabletu i „sprytnego telefonu”, wspomagany przez uniwersalne karty kredytowe międzynarodowego banku… poległem. Kilka godzin spędzonych na stronie linii lotniczych i usilne próby zakupu biletu online poskutkowały jedynie wyrywaniem włosów z i tak już przerzedzonej fryzury oraz znacznym wydłużeniem listy popełnionych grzechów werbalnych. Nie ma wyjścia – trzeba jechać na lotnisko.

Wskakujemy na skutery. Kierunek: port lotniczy na Bali. Ogień z rury. Ciśniemy ile fabryka dała. Niestraszne nam chaotyczny ruch, lawiny skuterów i łapanki policji. Szybko przed nami wyrasta fikuśny terminal Ngurah Rai. Tylko jak się dostać do środka? Nie ma oznakowanych wjazdów. Wszędzie siatki z drutem kolczastym. Na bramkach wjazdowych dla samochodów nie wpuściła nas ochrona. Mamy jechać na parking dla skuterów. Krążyliśmy dobre kilkanaście minut zanim udało nam sie zaparkować. Teraz jeszcze musimy na piechotę przejść kilkaset metrów do terminala. Niestety pomimo braku ścian nie czuć chłodnych bryz wiatru. Zamiast dodatkowo wykorzystać naturalne ruchy powietrza, stosuje się tylko klimatyzację. Ale to musi żreć prądu i kasy!

Szybko znajduję biuro biletowe lokalnych linii lotniczych. Okienko jak każda kasa PKP. Pani sprzedawczyni znajduje dla nas lot, na karteczce zapisuje cenę i spisuje ręcznie dane z naszych paszportów. Inkasuje gotówkę i wręcza mi wydrukowany drukarką igłową świstek papieru. Sukces! Pierwszy raz w życiu kupowałem bilet lotniczy „w realu”. Nienaturalne uczucie. Nie pasuje mi do dzisiejszych czasów. Pewniej czułbym się z potwierdzeniem na mailu wygenerowanej przez bezduszny system transakcyjny. 

W tych odczuciach tylko utwierdza mnie kolejna wizyta na następnym lotnisku. Tym razem tanie linie anulowały nam lot i musimy go przełożyć. Na infolinii nie dali rady, zresztą mieliśmy za słaby internet żeby prowadzić płynną rozmowę. Przejechaliśmy więc 30 km, żeby porozmawiać twarzą w twarz. Podchodzimy do okienka. Na szybce wywieszona tabliczka „Zamknięte”, a za szybką czwórka pracowników zajętych papierologią. Namiętnie liczą ręcznie grube pliki banknotów. Spisują dane z kserokopii paszportów. Coś podkreślają i dopisują na listach pasażerów. Po stole walają się niechlujne odręczne notatki z numerami lotów, miejsc, nazwiskami, godzinami, datami. Jedna Pani najwyraźniej pochłonięta jest grą na telefonie komórkowym. Nikt nie pofatyguje się by podnieść głowę i udzielić informacji, kiedy otwierają kasę. Zapytani wprost burknęli tylko „zaraz” nie odrywając wzroku od papierów. Chwilę potem jeden z panów odwraca się plecami na obrotowym krześle i zaczyna rękami wcinać obiad z siatki. Nawet nie ruszył swojego zadka na zaplecze. I ja mam zaraz z tymi ludźmi omawiać szczegóły ważnych dla mnie lotów? Jak to często mówił Obi-Wan w Gwiezdnych Wojnach: „I have a baaad feeling about this…”